• „ACTA2”, czyli dlaczego unijna dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym budzi emocje
Artykuł:

„ACTA2”, czyli dlaczego unijna dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym budzi emocje

21 maja 2019

Przyjęta 26 marca 2019 r. przez Parlament Europejski dość wyraźną większością Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (dalej: „Dyrektywa”) od dłuższego czasu wzbudza w Polsce emocje, których jednym z wyrazów jest przyznanie jej w Internecie miana „ACTA 2”, nawiązującego do procedowanej do 2012 r. umowy ACTA (Anti-Countefeiting Trade Agreement - Umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi). ACTA miała regulować kwestie obrotu podrabianymi dobrami, handlu lekami generycznymi oraz problem rozpowszechniania dzieł prawnie chronionych poprzez Internet. Ta ostatnia kwestia przysporzyła porozumieniu złej sławy i ogromnej liczby przeciwników, ze względu na, jak zarzucano, próbę wprowadzenia cenzury Internetu. Ze względu na masowe protesty (w tym w Polsce), prace nad jego ratyfikacją przez Unię Europejską i poszczególne państwa członkowskie zostały ostatecznie zarzucone.

Dyrektywa zajmuje się wyłącznie tymi kwestiami, które w ACTA budziły tak duże kontrowersje, nieco rozszerzając zakres regulacji (prawodawca europejski szczegółowo zajął się m.in. problematyką zapewnienia szerokiego dostępu do „dziedzictwa kulturowego” i wykorzystania utworów objętych prawami autorskimi w działalności naukowej i dydaktycznej), pozostając jednocześnie przy rozwiązaniach, które budziły spore wątpliwości w przypadku ACTA. Celem wprowadzenia wyjątków i ograniczeń zawartych w Dyrektywie jest, zgodnie z jej motywem 6, „osiągnięcie właściwej równowagi między prawami i interesami autorów i innych podmiotów praw a prawami i interesami użytkowników”. Chodzi o przyznanie podmiotom praw autorskich do materiałów prasowych tzw. praw pokrewnych do hiperłącz (tzw. linków) do ich utworów oraz o nałożenie na serwisy internetowe obowiązku filtrowania treści, zamieszczanej przez ich użytkowników, w celu zapobieżenia naruszania praw autorskich przez nich. Kwestia sporną pozostaje, czy faktycznie udało się zrównoważyć prawa i interesy autorów i innych podmiotów praw z interesami użytkowników końcowych.

„Podatek od linków”

Pierwsza z wspomnianych kwestii, popularnie określana jako „podatek od linków” w praktyce tworzy po stronie podmiotów praw autorskich (organizacji zrzeszających wydawców prasowych, samych wydawców prasowych) dwudziestoletni okres ochrony każdej publikacji prasowej przed nieautoryzowanym rozpowszechnieniem, zbliżonej w charakterze do ochrony autorskich praw majątkowych. Praktyczny wydźwięk tej regulacji (początkowo zawartej w art. 11 Dyrektywy, w ostatecznym zaś jej kształcie w art. 15; w tekście posługujemy się „ostatecznymi” oznaczeniami z odwołaniem do „pierwotnych” oznaczeń) nie oznacza, wbrew wspomnianej potocznej nazwie, że zamieszczenie np. na swoim profilu w portalu Facebook lub stronie internetowej hiperłącza (linku) do materiału prasowego narusza prawo, tworząc po stronie użytkownika obowiązek uiszczenia „podatku” czy opłaty od linkowania.

Dyrektywa wprost stwierdza, że ochrona przewidziana w art. 15 nie obejmuje czynności linkowania (jako takiej). Problem pojawia się w momencie, gdy wraz z linkiem dojdzie do zamieszczenia fragmentu utworu, do którego łącze prowadzi: publikacja taka może bowiem stanowić rozpowszechnienie utworu, do czego wyłącznie uprawnionym jest podmiot praw autorskich oraz osoby, którym ten udzielił licencji. O ile nie budzi wątpliwości, że zamieszczenie wraz z linkiem tytułu artykułu, do którego łącze prowadzi, powinno się „wybronić” jako nienaruszające praw wydawców ani autorów, to wykorzystanie w ten sam sposób tzw. snippetów, czyli urywków tekstu – choćby nawet zamieszczono je w celu zachęcenia do przeczytania całości – prawdopodobnie będzie podlegało pod przepisy Dyrektywy. Dyrektywa wyłącza także ochronę zastrzeżoną tym przepisem dla „pojedynczych słów lub bardzo krótkich fragmentów publikacji prasowych” – określenia te jednak, z uwagi na brak precyzji, budzić będą wątpliwości interpretacyjne.

Wobec artykułu 15 (w pierwotnej wersji Dyrektywy – 11) wysuwa się zarzuty, że jest to broń lobbystów z branży wydawców prasy, skierowana przeciwko Facebookowi i Google, które czerpią zyski z rozpowszechniania fragmentów cudzych tekstów (często nawet samych nagłówków), co ma powodować spadek liczby wejść (a co za tym idzie – wyświetleń reklam, stanowiących źródło zysku) na portale informacyjne należące do wydawców. Z drugiej strony wprowadzenie w poprzednich latach przez ustawodawców krajowych podobnych przepisów w Hiszpanii i Niemczech spowodowało znaczący spadek ruchu na portalach newsowych – wydawcy zapominają, że każde rozpowszechnienie łącza do ich materiału powiększa szanse, że ktoś jednak w taki link kliknie i odwiedzi serwis. Wymuszenie na pośrednikach (takich jak Google i Facebook) uiszczania opłat za zamieszczanie linków i snippetów spowodowało m.in., że usługa Google News w Hiszpanii została czasowo wyłączona – co spowodowało gwałtowny spadek liczby wejść na właściwe serwisy newsowe. Wydawcy wkrótce zaczęli domagać się przywrócenia usługi. Analogiczna sytuacja powtórzyła się w Niemczech, gdzie Google usunął materiały prasowe z wyników wyszukiwani, a wydawcy prasy po zaledwie tygodniu sami zaczęli udzielać Google nieodpłatnych licencji na publikację ich treści.

Cenzura Internetu?

O ile zastrzeżenia względem art. 15 mają charakter bardziej „biznesowy” i dotyczą styku problematyki swobody dostępu do informacji z kwestiami modelu biznesowego wybieranego przez niektóre podmioty komercyjne, o tyle art. 17 (w pierwotnej wersji Dyrektywy – art. 13) mają nieco większy kaliber: dość powszechnie twierdzi się bowiem, że wynika z niego konieczność wprowadzenia przez portale takie jak Facebook czy YouTube cenzury prewencyjnej zamieszczanych na nich treści.

Znaczna część aktywności użytkowników końcowych Facebooka i YouTube opiera się na zamieszczaniu w tych serwisach treści, których niekoniecznie są autorami, lub które zawierają fragmenty lub nawet całe utwory stanowiące przedmiot cudzych autorskich praw majątkowych: vlogerzy często wykorzystują jako dźwiękowe „tło” swoich nagrań fragmenty utworów muzycznych, użytkownicy Facebooka nagminnie zamieszczają na swoich profilach nieswoje zdjęcia itp. Sytuacja ta dotychczas regulowana była Dyrektywą 2001/29/WE, która w przypadku zaistnienia naruszenia nakazywała podmiotowi praw autorskich zgłoszenie takiego naruszenia do podmiotu pośredniczącego (YouTube, Facebook, chomikuj.pl i innych platform, opartych na treściach zamieszczanych przez użytkowników), który zobowiązany był do usunięcia naruszającego prawa autorskie materiału (procedura notice and takedown).

Art. 17 Dyrektywy obciąża odpowiedzialnością za naruszenia dokonane przez użytkowników właśnie podmiot pośredniczący (wg Dyrektywy „dostawca usług udostępniania treści online”), o ile nie posiada on licencji obejmującej udostępniane w jego serwisie materiały. W przypadku nieposiadania licencji, zobowiązany jest wykazać, że „dołożył wszelkich starań”, by licencję uzyskać, a także zapewnić brak dostępu do poszczególnych utworów i innych przedmiotów objętych ochroną i stosować procedurę notice and takedown.

 

Mechanizmy filtrujące

Właśnie „zapewnienie braku dostępu do utworów” budzi niepokój – wyrażane są obawy, że jedynym sposobem spełnienia tego wymagania w praktyce mogłoby być stosowanie szeroko zakrojonych mechanizmów filtrujących materiały zamieszczane na platformach umożliwiających publiczne udostępnianie treści, rozpoznających takie materiały i porównujących ich zawartość z bazami już istniejących dzieł. W praktyce oznacza to swego rodzaju cenzurę prewencyjną, do tego zautomatyzowaną (niemożliwe technicznie byłoby „ręczne” sprawdzanie milionów utworów, wprowadzanych codziennie do Internetu przez jego użytkowników), a co za tym idzie – zawodną. Przywołuje się tutaj przykłady sytuacji, takich jak ta, gdy filtry stosowane przez jeden z podmiotów potraktowały kolędę „Cicha noc” - utwór, będący w domenie publicznej (a więc z którego można korzystać bez ograniczeń wynikających z prawa autorskiego, gdyż prawa twórcy/wykonawcy itp. wygasły, lub twórczość ta nigdy nie była lub nie jest przedmiotem prawa autorskiego) – jako przedmiot praw autorskich jednej z wielkich wytwórni muzycznych, i zablokowały dostęp do niej.

 

Strachy na Lachy

Czy zarzuty podnoszone względem przepisów Dyrektywy są w pełni uzasadnione? Trudno powiedzieć: należy pamiętać, że dyrektywy unijne nie znajdują (z wyjątkiem sytuacji, gdy parlament krajowy nie uchwali przepisów implementujących w terminie w dyrektywie określonym) bezpośredniego zastosowania i powinny być najpierw wdrożone do krajowego porządku prawnego za pomocą ustaw, które nieraz w istotny sposób modyfikują treść dyrektyw. Dyrektywa powinna zostać implementowana w terminie 2 lat od dnia uchwalenia przez Parlament Europejski. Jej treść daje, co prawda, pewne podstawy do obaw, jednakże dopóki nie pojawi się w Polsce projekt ustawy wdrażającej przepisy Dyrektywy do polskiego porządku prawnego, bicie na alarm wydaje się przedwczesne.

Z treścią uchwalonej przez Parlament Europejski Dyrektywy można zapoznać się pod adresem http://www.europarl.europa.eu/RegData/seance_pleniere/textes_adoptes/provisoire/2019/03-26/0231/P8_TA-PROV(2019)0231_PL.pdf